skamander blog

Twój nowy blog

.

3 komentarzy

Piszę bloga, bo to tak dalece nastoletnie, emocjonalne, emo itp jak ja w ostatnich dniach, tygodniach, godzinach.
Stara babo weź się ogarnij i wróc do gry za pomocą prysznica – mówi mi moje sumienie zwane dalej głosem rozsądku. A ja sobie myślę o mentolowym papierosie, którego bym sobie zapaliła późna nocą z B. po długiej rozmowie. Nie o paleniu, ale o takim wydarzeniu, takiej chwili, takim klimacie.

Mam czasem wrażenie, że teraz to nic mnie już nie czeka. Taka jakaś zbuntowana i niedojrzała jestem. Taka jakaś tęskniąca. Matka dzieciom a taka nieokrzesana, taka niegrzeczna. Co gorsza, wcale nie idę tam gdzie chcę.
Mogłabym, ale jakoś brak mi woli, żeby wyjść z domu.

Babcia miała na imię Aniela -  jak córka
aniołów. Długo zajęło mi wpadnięcie na to, ale potem, za każdym
razem, kiedy wypowiadałam to imię, wydawało mi się niesamowicie
piękne.
Babcia zawsze była kobietą pracującą. Zajmowała się
mną i moją siostrą, kiedy mama chodziła do pracy. Nasze łóżeczko
stało w kuchni – królestwie babci. Ona siadała do maszyny i szyła,
z przerwami na zmianę pieluchy itp. Podobno nie pozwalała nas
wyciągać z łóżeczka poza wyznaczonym czasem – mówiła, że
inaczej sobie z nami nie poradzi.
Kiedy byłyśmy starsze
zarzucała pokój stertami szytej na  zamówienie pościeli, a
naszym zadaniem było obejrzeć każdą sztukę i sprawdzić, czy
jest dobrze wykonana. Kiedy coś było nie tak, wołałyśmy
„FUCHAAAAA!!!”. To była dla nas ogromna frajda. Babcia się
nie cieszyła, bo musiała poprawiać. My w ostatecznym rozrachunku
też nie, bo siadała do maszyny, zamiast się z nami bawić.
Babcia
miała bardzo ciekawe życie i opowiadała o nim piękne historie.
Siadałyśmy na schodach jej wspaniałego domu i rozmawiałyśmy.
Pozdrawiałyśmy przechodzące sąsiadki. Piłyśmy herbatę. W domu
babci zawsze na wszystko był właściwy moment. Czas płynął
inaczej, wolniej i lepiej.

Jak wnuczki krawcowej zawsze miałyśmy
najpiękniejsze sukienki, spodnie, bluzki. Mogłyśmy same rysować
projekty i popuszczać wodze fantazji, choć nie na wszystko zgadzała
się babcia i mama. Czasem prosiłyśmy babcię, żeby naszywała na
nie swoje metki. Teraz mam tylko jedną sukienkę jej autorstwa. Ma 7
lat, jest piękna, szwy w niej pękają ze starości i nie ma metki.
Uważam, że przynosi mi szczęście.

Babcia była dojrzała, ale tez bardzo radosna,
otwarta, bliska, towarzyska. Zawsze można się było u niej
spodziewać wizyty koleżanki czy rodziny. Jak nikt troszczyła się
o każdego. Znała metody na wyjście z każdej opresji. I pomagała
z niej wychodzić wielu ludziom. Mi także niezwykle pomogła, przede
wszystkim być tym, kim jestem. Zaszczepiła kawałkiem swojej siły. Zawsze myślała o nas ciepło,
martwiła się naszymi problemami i radowała z sukcesów. Miała w
sobie tak dużo miłości, że otaczała nią wszystkich wokół.

Chorować zaczęła, kiedy byłam dzieckiem.
Najpierw operacje bioder, potem kręgosłup, kule. Długa
rehabilitacja, którą znosiła wyjątkowo bohatersko. Potem pierwszy
udar, drugi, trzeci. W sumie siedem. I wciąż ta niezwykła wola
walki oraz ta niesamowita troska o wszystkich nas.

Babcia była najlepiej zorganizowaną osobą na
świecie. Nawet, kiedy już nie chodziła, przed świętami
dyktowała listę zakupów, a potem kazała wieść się wózkiem do
kuchni i nadzorowała wszystkie prace. Mimo spędzania większości
dnia w łóżku i fotelu (zrobionym z fotela samochodowego i grubych
stalowych prętów – tak zwanym „tronie”), wiedziała dokładnie
co gdzie jest położone i czego gdzie szukać. Do ostatnich chwil
zachowała jasność umysłu.

Jestem szczęśliwa, że zdążyła poznać
mojego syna. Zawsze witała nas szerokim uśmiechem, ale czasem też
płakała. W ostatnich miesiącach życia trudno było jej pogodzić
się z niesprawnym ciałem i brakiem możliwości wyrażenia myśli.
Mały podbiegał do niej wtedy i się przytulał. Podawał jej wodę,
przynosił zabawki. Ja się tylko przytulałam.

Babcia umarła w niedzielę, w czasie dłuższej,
majowej przerwy od pracy. Tak, aby nikomu nie robić problemu.

Taka właśnie była – planowała wszystko i
o wszystkich się troszczyła. Znała zasady, którymi rządzi się
nasze życie.

Bez niej wszystko jest jakby bardziej byle
jakie.

puls

3 komentarzy

W głowie mi fiolet, chwytanie dnia i spijanie pianki. Kupuję więc fioletowy sweter, idę z A na czekoladę i słucham jak śpiewasz o klubie puls. Wiosna robi mi zawsze w środku jakiś taki potwornie zamyślony bałagan. Czuję, że muszę poukładac w szafach, wypolerować się i otrząsnąć.

Ale najbardziej korci mnie, żeby zrobic coś nowego, pysznego, bez pamięci. Przypomina mi się galeria z wielkim motorem w środku i wspaniali ludzie, którzy nie powrócą, bo są już kimś innym.

Próbuję to wszystko wyśpiewać. Głośniej, pełniej, wyżej. Przeponą. Najpiękniej. Rozpaczliwie i śmiesznie potrzebuję teraz piękna. Całą resztę staram się niefrasobliwie ignorować. Czasem nawet nie uśmiecham się i nie patrzę w oczy.

A kiedy patrzę, to jakbym chciała powiedzieć – no dalej ludzie, róbmy jakies przygody!

I nazywa to „nerwicą macicy” – trafnie.

dwulatka?

1 komentarz

Jak przystało na matkę-wariatkę
często czytam literaturę fachową. No może nie często, czasem. W
pamięć zapadło mi takie zdanie „raczej nie podkreślaj błędów
dwulatka, doceniaj jego osiągnięcia. Tak małe dziecko doskonale
zdaje sobie sprawę ze swej niemocy”. Ja tak mam, że sobie
zdaję. Szczególnie, jak tak nagle przyjdzie wiosna, wtedy, kiedy ja
akurat, nie jestem na nią gotowa.

No ale staram się
wpasować. Nie to że na nią nie czekałam. Ale miała mnie
odwiedzać łagodnie, oczarowywać, a nie wywalać od razu wszystko
na wierzch. Zapachy, kolory, alergeny i emocje.

Pomału
jednak budzę się z szoku.

Dużo tez myślę o starości. I
o tym, że chcę takiej bez gniewnego zaciskania ust, od którego
robią się zmarszczki. Czy się uda? Zobaczymy w następnym odcinku.

Nałapcie sobie tej wiosny, ile macie sił. Pewnie więcej
niż Wam się wydaje:)

Były dwa takie momenty w ostatnich dniach, kiedy świat zewnętrzny
zniknął, a ja pozostałam tylko sama ze sobą. Porwana jak w bajce do
samotnego, ale pięknego świata emocji. Przytulona do samej siebie.
Zakochana w chwili. Uważna i podniosła.

 

Jeden z nich wyobrażałam sobie setki razy. Najpełniej, najpiękniej i
najbardziej wzruszająco na pierwszym roku studiów, kiedy czytałam
„Doktorów” Segala.

Było oczywiście trochę inaczej. Trochę więcej szumu wokół, trochę
bardziej duszno, może nieco bardziej radośnie. Pan po rektora (zamiast
rektora) miał dykcję, którą też należałoby sobie wyobrazić inaczej. Ale
najdziwniejsze było to, że kiedy zabrzmiały pierwsze słowa przysięgi,
cały świat wokół nagle przestał się liczyć. Byłam ja i moje sacrum.
Świat mówił tylko do mnie, a ja z mocą i pasją, odpowiadałam.

 

Drugie z wydarzeń (a właściwie pierwsze, bo wydarzyło się wcześniej),
nigdy nie było przeze mnie wyobrażone. Właściwie w tej sferze życia
zasadniczo nie miałam i nadal prawie nie mam wyobrażeń. Jednak
doświadczenie uczy, że rzeczywistość natychmiast i tak by je przerosła.

Mój syn miał na moją uroczystość przygotowany odpowiedni strój – maleńki garniturek – jego pierwszy.

I mi – jako mamie – przypadło w udziale, wyprasowanie jego pierwszej
koszuli. Świat nie zna większej magii. Spróbujcie sami. Mocne!

 

Ktoś mi kiedyś powiedział, że dla niego emocje, to najsilniejsze
narkotyki. I nic już nie potrzebuje, aby poczuć życie bardziej.

Tak więc kochani, smacznego!

:)

1 komentarz

Jeden z najpiękniejszych widoków na świecie – mój synek przenoszący w skupieniu pranie z łazienki do pokoju, uszczęśliwiony i poważny z podowu wielkiego zadania, które ma wykonać.

Drugi – mój uśmiechnięty pacjent, który po trzech tygodniach długiej walki wychodzi do domu. I wreszcie wygląda dobrze.

Trzeba się trochę zaktualizować.
Okrzepnąć.
Wyspać.

Życie mi smakuje. Zawsze.

Śni mi się że umierasz. Wiem o tym i widzę jak stopniowo uchodzi z Ciebie zycie i łagodnieją rysy. Zupełnie inaczej niż mnie uczono, nie masz twarzy Hipokratesa, ale gaśniesz w nieograniczonej łagodności. Ta łagodność wręcz mnie uspokaja, kołysze i zagłebia w tym głupim, patetycznym śnie.

Wstaję z łóżka, wskakuję w sukienke i idę pisać LEP. Myśle sobie: „sen jest wynikiem stresu, normalne” itp, itd. Siedzę 4 godziny w wielkiej hali, piszę ten cholerny LEP i zajadam orzeszki. Nagle coś mnie uderza, coś sobie uświadamiam. Przez chwilę spoglądam uważniej.

Ty umierasz, ja tego nie chcę. Ale czuję spokój. Jest w nim coś nieprawdziwego, ale jednak jest wyraźny, namacalny. Łatwo się go złapać i uwierzyć, że to właśnie czuję. Nie zaglądać głębiej.


Budzę się i wiem napewno, że masz się świetnie. Uśmiecham się do tej myśli i mojego bezsensownego snu, wywołanego stresem i zmęczeniem. Wyłącznie.

Uwaga, niesmaczne…

Wczoraj
urządziłam sobie długi spacer z małym. Ponieważ ostatnio bardzo się
brudzi, uważałam, żeby był cały czas czysty. Byliśmy spory kawał od
domu, ze 3 km. Ja z dumą patrzyłam na jego czyste ubranko.

W pewnym momencie mały kaszlnoł, a potem zaczął wymiotować na siebie, na wózek, na mnie, na wszystko.
Nic na to nie wskazywało, był wcześniej radosnym, spokojnym dzieckiem.

Wiele
się słyszy, że jakieś dziecko się zatruło i wymiotowało. Często
mieliśmy o tym w szkole też, że dzieci wymiotują, że to się często
zdarza itp.

Ale kiedy widzi się pierwszy raz wymioty u swojego małego dziecka, to jest szalenie stresujące.
Przecież taki maluch nie wie jak się przed tym bronić. Był przerażony i bezradny.
W pierwszej chwili ja też.

Szybko jednak wyjęłam go z wózka, postawiłam obok i pochyliłam.
Potem w ruch poszły chusteczki nawilżane (jak dobrze, że miałam je w torebce).
Kiedy ich używałam, trzęsły mi się ręce. Niby nic takiego, ale to był ogromny stres.

Zrobiłam
co mogłam, choć sama miałam odruchy. Wsiadłam z biednym i brudnym
maluchem do autobusu, ustawiłam wózek tak, żeby nikt go nie oglądał i mu
nie przeszkadzał.

Weszłam do domu i pomyślałam „a teraz będziesz dzielną mamą i uratujesz swojego malucha”.

Rozebrałam
się i wjechałam wózkiem do łazienki. Szybko rozebrałam małego,
wykąpałam, nakremowałam, ubrałam. Znów był piękny i pachnący, a humor go
nie opuszczał.

Włożyłam go do łóżeczka, wyprałam jego ciuchy,
wstawiłam cały wózek pod prysznic i dokładnie umyłam, po czym wyniosłam
na balkon.

Sprzątnęłam pokój, spojrzałam na małego i pomyślałam, że jestem bardzo zmęczona, że było ciężko
ale przede wszystkim
DAŁAM SOBIE RADĘ.

Bycie mamą jest trudne i wspaniałe.

ps. dziś mały czuje się ok.

Królowa Matka

1 komentarz

Oczywiście oglądałam królewski ślub. Moją uwage przykuła królowa matka,
jej dostojeństwo i pomyślalam sobie, że jej zazdroszczę roli jaką pełni w
rodzinie.
Ale potem uświadomiłam sobie, że u mnie jest podobnie.
Mama
mojej mamy – ukochana babcia jest własnie taka. Gromadziła wsytkich na
święta u siebie (dopuki zdrowie pozwalało), zarządzała co i jak ma być
zrobione. Nawet już na wózku mówiła jak po kolei co mamy przygotować.
A wszycy słuchali z miłości i szacuku, oraz dlatego, że każda rodzina potrzebuje swojej królowej. Królowa babcia:).
W
tym roku zdrowie babci takie słabe, że nawet dyrygować za dużo nie
mogła. Ale moja mama – osłabiona po operacji szybko weszła w rolę
władczyni:). Patrzyłam na to trochę smutno. Bo to znaczy, że się wszyscy
starzejemy, a i babcia ustępuje mamie miejsca.
Ściskam w duchu je obie i obiecuję pilnie się uczyć:)

Rok temu o tej porze szykowałam Śniadanie Wielkanocne u mojego teścia. Mały natomiast skrzętnie gromadził oksytocynę i po kryjomu sączył ją do mojego krwioobiegu. W jego głowie bowiem, zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia, zrodził się już kompletny Plan Porodowy.

Ja oczywiście nie byłam wtajemniczona i miałam zgoła inne plany. Oczekwiałam jerychońskich trąb i ogólnie, że bedzie trochę jak u Herberta, a dostałam coś bardziej w stylu Czesława Miłosza.

Zamiast akcji „odchodzą wody -> dostaję skurczów ->wszyscy biegają” dostałam lekkich mdłości i położyłam się spać.

Kiedy się obudziłam, J. gadał jakieś niezrozumiałe rzeczy. Jako że nie rozumiał moich odpowiedzi, postanowił zabrać mnie do szpitala, gdzie miano mnie naprawić przed powrotem do P.

W szpitalu jednak sprytny plan Juniora wyszedł na jaw i pojechaliśmy na górę.  Zastanawialiście się drodzy czytelnicy, czemu porodówka zawsze znajduje się na górze? Może po to, aby krew lepiej spływała ( sori, ale jako Kobiecie Poporodowej przystoją mi takie naturalistyczne żarty).

Potem była już krótka piłka. 3 godziny i 15 minut później, moim oczom ukazał się Mikroczłowiek. Wtedy był naprawdę mikro, nie to co teraz.

Czekała mnie magiczna Noc Kupały – rytualne przejście do nowego życia, które okazało się bardzo pokrewne staremu. I oswojone.

@@@

Dzisiaj – powiedzmy to sobie głośno – bardzo asertywny (Ne!!!) i tuptający Mikroczłowiek, w żadnym wypadku nie przypomina już pomarszczonego i niezbyt urodziwego dzidziusia, którego urodziłam.
To przystojny mężczyzna świadomy swojej wartości i z upodobaniem grający na cymbałkach.

Najlepszego Mikroczłowieku. Najlepszego!


  • RSS