Nazwijmy ją panią Anią. Blondynka, choć włosy krótkie,
przystrzyżone na jeżyka, ukazują tylko niezwykle regularny kształt
jej czaszki.
Kiedy przyłożyć do jej piersi stetoskop,
słychać tylko cichutkie, jakby zawstydzone szmery wdechu i wydechu.
To przez rozedmę, a nie - jakby się wydawało - zwykła kolej
rzeczy.
Pani Ania przepraszała nas za swoje zachowanie z dnia
poprzedniego, którego nie pamięta. I za kilka łez, które jakby
bezwolnie kapały z jej oczu. Taka krucha, taka dzielna, tak w tym
piękna. Cały czas myślę, że przecież mogłoby już jej zupełnie
nie zależeć.
Mąż pani Ani postanowił, że zabiorą ją do
domu. Nasza pani doktor, która przybierała przy nim łagodność
anioła, rozpromieniała. "Tak, tak, dajmy jej chociaż tyle".
"Bo jak inaczej miałbym spojrzeć jej w oczy?".
Pani
doktror nie wiedziała, kiedy to się stanie, może to kwestia
godzin, może tygodni.
Kiedy sanitariusze wieźli panią Anię
do domu, wystarczył jeden rzut oka, aby domyślili się co i jak.
"Gdyby, wie pani, to co mamy zrobić?" "nie
reanimować, bo płuca i tak nie podejmą pracy, ale ona dojedzie, bo
chce do domu". Oczywiście trzeba teraz napisać w papierach
"NIEREANIMACYJNA" przystawić pieczątkę. Jeśli pani Ania
odeszła by w karetce, sanitariusze musieliby się z tego słono
tłumaczyć. Bo wedle przepisów pacjenci w karetkach powinni mieć
tak dobrą opiekę, aby nie umierać. Tuż przed śmiercią należy
wejść do karetki i jeśli się z niej nie wyjdzie, będzie się
żyło wiecznie.
Dopiero na wózku transportowym, wieziona
windą do karetki pani Ania ukazała mi, jak bardzo jest wychudzona.
W podręcznikach mówią na to katechsja.
Spotkałam ją
na swojej przedzawodowej drodze po to, aby za jakiś czas, tak jak
sanitariuszom, wystarczył mi rzut oka. Jakbym na jej przykładzie
miała nauczyć się nowego słowa - "rak".
Trudno
wyrazić, jak bardzo mnie to zawstydza, jak strasznie czułam się
nie na miejscu wchodząc z korytarza, gdzie M. opowiadał mi jakieś
głupie dowcipy, do jej sali.
Pani Ania miała w sobie siłę. To
było najbardziej niezwykłe. Siłę już nie do walki, bo walka
przegrana. Siłę do zachowania godności, delikatności,
ciepła.
Pierwszy raz zobaczyłam też coś, o czym dotąd
czytałam wyłącznie w książkach. Lekarza, który nie mogąc
ofiarować pacjentce cudownego leku, staje się kobietą w białym
fartuchu. Ta kobieta bierze sobie krzesło, siada przy łóżku
odchodzącej, bierze ją za rękę i nic nie mówi. Patrzy jej w oczy
i jest.
skamander, 2010-01-16 10:30:01 skomentuj (0)
skamander, 2009-12-16 16:57:02 skomentuj (0)
Moja osobista mama, która kiedyś stanowiła dwupak dla mnie, nieposiada się ze szczęścia. "O ja, mojej małej córci rośnie brzuch" "mamo, w ciaży jestem" "jak urodzisz dziewczynkę i ona będzie w ciąży, to zobaczysz jak to jest".
Tata chce chłopaka. Co do dziewczynki mówi "chyba ojcu tego nie zrobisz". Mówi na dzidzię "bąbalaś" co jest pewną wskazówką tego, że już ją bez reszty pokochał niezależnie od płci.
Ja chyba zaczynam wierzyć, że niedługo bedzie nas więcej. Zaczynam widzieć dobre strony, jedna po drugiej, więcej i więcej.
Boję się. Tego, że nie umiem się tak siebie zaprzeć. Niespania. Związania z kimś przez 20 lat i bycia silnym dla tego kogoś. Myślę sobie jednak, że nic z tych rzeczy nie jest absolutne. Że nie wiem jak to jest. Nie wiem co się dostaje, co daje, co ma. Poza tym chyba czas, aby pewne sprawy sobie poukładać priorytetami.
Głupie to, ale czuję sie teraz sobie zbyt cenna, żeby umrzeć, mieć wypadek. Czuję się nieśmiertelna. I silna, bo chodze na zajęcia, bo daję radę:).
I chyba dzidzia mnie za język pociągneła, że tak otwarcie piszę. Cóż, jest czas kreacji i czas ciąży. Z dużym brzuchem i sercem na dłoni.
Dobrej jesieni.
skamander, 2009-11-16 18:15:05 skomentuj (7)
Zakładam słuchawki i tańczę. Ale tak naprawde to potrzeba mi lasu, żeby w nim śpiewać co tchu.
I jakiejś niespodzianki, prezentu od życia. Czegoś smacznego dla duszy.
Odstawiam słodycze - konieczny krok.
Wstaję co rano i biegnę na neurologię. I usmiecham się na niej do moich sprawnych mieśni i nerwów. Tylko do pacjentów jakoś śmiałości nie mam. Na neurologii nie ratuje się świata.
Katedry zatrzaskują przede mną drzwi. Dla mnie i mojego (jeszcze obcego) malucha, brakuje krzesła i powietrza. Są jednak i takie, gdzie panie tylko sympatycznie kiwają głową. I wtedy zaczynam wierzyć.
Labilna ja.
skamander, 2009-10-22 21:31:15 skomentuj (3)
Pod skórą zachodzi subtelna metamorfoza w wielu wymiarach psycho-fizycznych. Dni są kwantowe, kolorowe, głębokie.
Gotuję zupy, które mają teraz swój wielki come back do mojego jadłospisu i słucham starej i bardzo starej Madonny, która ma nie tyle come back, co swoje wielkie wejście.
Usmiecham się do jesieni.
skamander, 2009-10-02 10:21:16 skomentuj (0)
Zawsze kochałam pierwsze razy. Wszystko co pierwsze.
skamander, 2009-09-25 23:20:08 skomentuj (0)
Wprawić coś w ruch.
Mojego życia nie da się już chyba bardziej. Zadania jedno po drugim przychodzą, odbijają stopy i odchodzą.
Dzięki temu widzę chyba bardziej, jak to określił pewnien pan z USA, cały ten obraz. Jakkolwiek jednak nie byłby utopijny i przekonujący, jest jednak trochę inaczej.
Miło było się z nim zobaczyć. Taka egzotyka dnia codziennego. Coś bardzo, bardzo ciekawego.
Naprawdę chodzi o to, żeby się nie bać. Albo oswajać chociaż ten swój strach. Chociaż...
skamander, 2009-09-14 08:25:38 skomentuj (0)

