Babcia miała na imię Aniela - jak córka
aniołów. Długo zajęło mi wpadnięcie na to, ale potem, za każdym
razem, kiedy wypowiadałam to imię, wydawało mi się niesamowicie
piękne.
Babcia zawsze była kobietą pracującą. Zajmowała się
mną i moją siostrą, kiedy mama chodziła do pracy. Nasze łóżeczko
stało w kuchni - królestwie babci. Ona siadała do maszyny i szyła,
z przerwami na zmianę pieluchy itp. Podobno nie pozwalała nas
wyciągać z łóżeczka poza wyznaczonym czasem - mówiła, że
inaczej sobie z nami nie poradzi.
Kiedy byłyśmy starsze
zarzucała pokój stertami szytej na zamówienie pościeli, a
naszym zadaniem było obejrzeć każdą sztukę i sprawdzić, czy
jest dobrze wykonana. Kiedy coś było nie tak, wołałyśmy
"FUCHAAAAA!!!". To była dla nas ogromna frajda. Babcia się
nie cieszyła, bo musiała poprawiać. My w ostatecznym rozrachunku
też nie, bo siadała do maszyny, zamiast się z nami bawić.
Babcia
miała bardzo ciekawe życie i opowiadała o nim piękne historie.
Siadałyśmy na schodach jej wspaniałego domu i rozmawiałyśmy.
Pozdrawiałyśmy przechodzące sąsiadki. Piłyśmy herbatę. W domu
babci zawsze na wszystko był właściwy moment. Czas płynął
inaczej, wolniej i lepiej.
Jak wnuczki krawcowej zawsze miałyśmy najpiękniejsze sukienki, spodnie, bluzki. Mogłyśmy same rysować projekty i popuszczać wodze fantazji, choć nie na wszystko zgadzała się babcia i mama. Czasem prosiłyśmy babcię, żeby naszywała na nie swoje metki. Teraz mam tylko jedną sukienkę jej autorstwa. Ma 7 lat, jest piękna, szwy w niej pękają ze starości i nie ma metki. Uważam, że przynosi mi szczęście.
Babcia była dojrzała, ale tez bardzo radosna, otwarta, bliska, towarzyska. Zawsze można się było u niej spodziewać wizyty koleżanki czy rodziny. Jak nikt troszczyła się o każdego. Znała metody na wyjście z każdej opresji. I pomagała z niej wychodzić wielu ludziom. Mi także niezwykle pomogła, przede wszystkim być tym, kim jestem. Zaszczepiła kawałkiem swojej siły. Zawsze myślała o nas ciepło, martwiła się naszymi problemami i radowała z sukcesów. Miała w sobie tak dużo miłości, że otaczała nią wszystkich wokół.
Chorować zaczęła, kiedy byłam dzieckiem. Najpierw operacje bioder, potem kręgosłup, kule. Długa rehabilitacja, którą znosiła wyjątkowo bohatersko. Potem pierwszy udar, drugi, trzeci. W sumie siedem. I wciąż ta niezwykła wola walki oraz ta niesamowita troska o wszystkich nas.
Babcia była najlepiej zorganizowaną osobą na świecie. Nawet, kiedy już nie chodziła, przed świętami dyktowała listę zakupów, a potem kazała wieść się wózkiem do kuchni i nadzorowała wszystkie prace. Mimo spędzania większości dnia w łóżku i fotelu (zrobionym z fotela samochodowego i grubych stalowych prętów – tak zwanym „tronie”), wiedziała dokładnie co gdzie jest położone i czego gdzie szukać. Do ostatnich chwil zachowała jasność umysłu.
Jestem szczęśliwa, że zdążyła poznać mojego syna. Zawsze witała nas szerokim uśmiechem, ale czasem też płakała. W ostatnich miesiącach życia trudno było jej pogodzić się z niesprawnym ciałem i brakiem możliwości wyrażenia myśli. Mały podbiegał do niej wtedy i się przytulał. Podawał jej wodę, przynosił zabawki. Ja się tylko przytulałam.
Babcia umarła w niedzielę, w czasie dłuższej, majowej przerwy od pracy. Tak, aby nikomu nie robić problemu.
Taka właśnie była – planowała wszystko i o wszystkich się troszczyła. Znała zasady, którymi rządzi się nasze życie.
Bez niej wszystko jest jakby bardziej byle jakie.
skamander, 2012-05-14 15:04:32 skomentuj (1)
Ale najbardziej korci mnie, żeby zrobic coś nowego, pysznego, bez pamięci. Przypomina mi się galeria z wielkim motorem w środku i wspaniali ludzie, którzy nie powrócą, bo są już kimś innym.
Próbuję to wszystko wyśpiewać. Głośniej, pełniej, wyżej. Przeponą. Najpiękniej. Rozpaczliwie i śmiesznie potrzebuję teraz piękna. Całą resztę staram się niefrasobliwie ignorować. Czasem nawet nie uśmiecham się i nie patrzę w oczy.
A kiedy patrzę, to jakbym chciała powiedzieć - no dalej ludzie, róbmy jakies przygody!
I nazywa to "nerwicą macicy" - trafnie.
skamander, 2012-04-03 11:47:41 skomentuj (2)
Jak przystało na matkę-wariatkę
często czytam literaturę fachową. No może nie często, czasem. W
pamięć zapadło mi takie zdanie "raczej nie podkreślaj błędów
dwulatka, doceniaj jego osiągnięcia. Tak małe dziecko doskonale
zdaje sobie sprawę ze swej niemocy". Ja tak mam, że sobie
zdaję. Szczególnie, jak tak nagle przyjdzie wiosna, wtedy, kiedy ja
akurat, nie jestem na nią gotowa.
No ale staram się
wpasować. Nie to że na nią nie czekałam. Ale miała mnie
odwiedzać łagodnie, oczarowywać, a nie wywalać od razu wszystko
na wierzch. Zapachy, kolory, alergeny i emocje.
Pomału
jednak budzę się z szoku.
Dużo tez myślę o starości. I
o tym, że chcę takiej bez gniewnego zaciskania ust, od którego
robią się zmarszczki. Czy się uda? Zobaczymy w następnym odcinku.
Nałapcie sobie tej wiosny, ile macie sił. Pewnie więcej
niż Wam się wydaje:)
skamander, 2012-03-18 12:32:58 skomentuj (0)
Były dwa takie momenty w ostatnich dniach, kiedy świat zewnętrzny zniknął, a ja pozostałam tylko sama ze sobą. Porwana jak w bajce do samotnego, ale pięknego świata emocji. Przytulona do samej siebie. Zakochana w chwili. Uważna i podniosła.
Jeden z nich wyobrażałam sobie setki razy. Najpełniej, najpiękniej i najbardziej wzruszająco na pierwszym roku studiów, kiedy czytałam "Doktorów" Segala.
Było oczywiście trochę inaczej. Trochę więcej szumu wokół, trochę bardziej duszno, może nieco bardziej radośnie. Pan po rektora (zamiast rektora) miał dykcję, którą też należałoby sobie wyobrazić inaczej. Ale najdziwniejsze było to, że kiedy zabrzmiały pierwsze słowa przysięgi, cały świat wokół nagle przestał się liczyć. Byłam ja i moje sacrum. Świat mówił tylko do mnie, a ja z mocą i pasją, odpowiadałam.
Drugie z wydarzeń (a właściwie pierwsze, bo wydarzyło się wcześniej), nigdy nie było przeze mnie wyobrażone. Właściwie w tej sferze życia zasadniczo nie miałam i nadal prawie nie mam wyobrażeń. Jednak doświadczenie uczy, że rzeczywistość natychmiast i tak by je przerosła.
Mój syn miał na moją uroczystość przygotowany odpowiedni strój - maleńki garniturek - jego pierwszy.
I mi - jako mamie - przypadło w udziale, wyprasowanie jego pierwszej koszuli. Świat nie zna większej magii. Spróbujcie sami. Mocne!
Ktoś mi kiedyś powiedział, że dla niego emocje, to najsilniejsze
narkotyki. I nic już nie potrzebuje, aby poczuć życie bardziej.
Tak więc kochani, smacznego!
skamander, 2011-11-21 21:48:42 skomentuj (1)
Drugi - mój uśmiechnięty pacjent, który po trzech tygodniach długiej walki wychodzi do domu. I wreszcie wygląda dobrze.
Trzeba się trochę zaktualizować.
Okrzepnąć.
Wyspać.
Życie mi smakuje. Zawsze.
skamander, 2011-11-04 14:49:23 skomentuj (1)
Wstaję z łóżka, wskakuję w sukienke i idę pisać LEP. Myśle sobie: "sen jest wynikiem stresu, normalne" itp, itd. Siedzę 4 godziny w wielkiej hali, piszę ten cholerny LEP i zajadam orzeszki. Nagle coś mnie uderza, coś sobie uświadamiam. Przez chwilę spoglądam uważniej.
Ty umierasz, ja tego nie chcę. Ale czuję spokój. Jest w nim coś nieprawdziwego, ale jednak jest wyraźny, namacalny. Łatwo się go złapać i uwierzyć, że to właśnie czuję. Nie zaglądać głębiej.
Budzę się i wiem napewno, że masz się świetnie. Uśmiecham się do tej myśli i mojego bezsensownego snu, wywołanego stresem i zmęczeniem. Wyłącznie.
skamander, 2011-09-26 10:41:04 skomentuj (0)
Wczoraj urządziłam sobie długi spacer z małym. Ponieważ ostatnio bardzo się brudzi, uważałam, żeby był cały czas czysty. Byliśmy spory kawał od domu, ze 3 km. Ja z dumą patrzyłam na jego czyste ubranko.
W pewnym momencie mały kaszlnoł, a potem zaczął wymiotować na siebie, na wózek, na mnie, na wszystko.
Nic na to nie wskazywało, był wcześniej radosnym, spokojnym dzieckiem.
Wiele się słyszy, że jakieś dziecko się zatruło i wymiotowało. Często mieliśmy o tym w szkole też, że dzieci wymiotują, że to się często zdarza itp.
Ale kiedy widzi się pierwszy raz wymioty u swojego małego dziecka, to jest szalenie stresujące.
Przecież taki maluch nie wie jak się przed tym bronić. Był przerażony i bezradny.
W pierwszej chwili ja też.
Szybko jednak wyjęłam go z wózka, postawiłam obok i pochyliłam.
Potem w ruch poszły chusteczki nawilżane (jak dobrze, że miałam je w torebce).
Kiedy ich używałam, trzęsły mi się ręce. Niby nic takiego, ale to był ogromny stres.
Zrobiłam co mogłam, choć sama miałam odruchy. Wsiadłam z biednym i brudnym maluchem do autobusu, ustawiłam wózek tak, żeby nikt go nie oglądał i mu nie przeszkadzał.
Weszłam do domu i pomyślałam "a teraz będziesz dzielną mamą i uratujesz swojego malucha".
Rozebrałam się i wjechałam wózkiem do łazienki. Szybko rozebrałam małego, wykąpałam, nakremowałam, ubrałam. Znów był piękny i pachnący, a humor go nie opuszczał.
Włożyłam go do łóżeczka, wyprałam jego ciuchy, wstawiłam cały wózek pod prysznic i dokładnie umyłam, po czym wyniosłam na balkon.
Sprzątnęłam pokój, spojrzałam na małego i pomyślałam, że jestem bardzo zmęczona, że było ciężko
ale przede wszystkim
DAŁAM SOBIE RADĘ.
Bycie mamą jest trudne i wspaniałe.
ps. dziś mały czuje się ok.
skamander, 2011-06-04 11:12:22 skomentuj (2)

